Ma ktoś jakąś łatwo-testowalną hipotezę na ten temat?
Sesja się zbliża. Jak Buka w Muminkach....
środa, 8 grudnia 2010
sobota, 4 grudnia 2010
Foux du FaFa
Długo mnie nie było - w zasadzie główny powód jest taki, że nie było o czym za bardzo pisać. Po listopadowej wizycie w Polsce, nastąpił powrót do uczelnianej rzeczywistości: nauka, prace domowe, Rotterdam (w tym bloku na szczęście tylko raz w tygodniu), prace grupowe, wizyty weekendowe w Instytucie.
Every cloud has a silver lining, a w tym przypadku była to weekendowa wizyta w Paryżu w trzecim weekendzie listopada - mieliśmy tam spotkanie ludzi z mojej wymiany z USA. Niesamowite, że udało się zebrać w sumie 16 osób (Niemcy, Francja, Hiszpania, Włochy, Austria, Czechy), no i że pomimo półtorarocznej przerwy, nadal czułam się tak, jakbym widziała ich wszystkich dopiero co wczoraj: te same żarty, te same drinking games (efekt drugiego dnia był bardzo uciążliwy), klimat i rozmowy. Razem z Albertem i Chiarą nocowaliśmy u przyjaciela rodziny z Grzybowskiej, Herberta. Herbert ma się dobrze, dzięki nam również miał efekt drugiego dnia.
Komentarz na boku - po kilkakrotnych wizytach w Paris, i mieszkaniu prawie w Amsterdamie przez 3 miesiące, dochodzę do wniosku, że Adam jest zdecydowanie lepszym miejscem do życia. Paryż straszy swoją wielkomiejskością, tłumami turystów i zaniedbanym metrem. No i to, co można zauważyć od razu - w Holandii asymilacja imigrantów udaje się zdecydowanie lepiej niż we Francji.
Z radosnych wydarzeń warto wspomnieć jeszcze ten piątek - kiedy to odbyła się impreza mikołajkowa w naszym Instytucie. Holendrzy generalnie obchodzą Mikołajki (Sinterklaas - św. Mikołaj) o wiele huczniej niż Boże Narodzenie - to właśnie teraz dzieci dostają prezenty, a przedtem wyczekują Sinterklaasa, który co rok przybywa do Holandii łodzią z miejsca swojego stałego zamieszkania, czyli Madrytu. Sinterklaasowi towarzyszą pomocnicy - tzw. "czarne Piotrusie" którzy dawniej byli czarnoskórymi niewolnikami, a teraz kolor ich skóry tłumaczy się sadzą, na jaką narażeni są, pokonując tunele kominowe w celu dostarczenia prezentów. Wniosek: holenderski Mikołaj jest przebiegły i nie musi sam odwalać brudnej roboty. Nieodłączną częścią Mikołajek są wierszyki układane na temat osoby, którą obdarowuje się prezentem. Mój był podobno pisany pod wpływem środków odurzających - takie ma się zresztą wrażenie jak się czyta, więc nie będę przytaczać.
Poza tym, w skrócie: sesja za 2 tygodnie (Aaaa!), zaległości w HIMYM i Modern Family nadrobione, mama złamała nogę, więc Pestka przeprowadza się do stolicy, znajomi w kraju się bronią na masową skalę (gratulacje), Klaudia i Marta mają urodziny (sto lat) - szał!
poniedziałek, 15 listopada 2010
Fejsbuk
Dziś chciałam krótko o facebooku, bo:
1. Obejrzałam "Social Network" - polecam, film nie tyle o samym portalu, co o przyjaźni i robieniu interesów. Trzyma w napięciu, świetna jest również koncepcja prowadzenia historii z kilku punktów widzenia. No i jest Dżastin ;). Warto zobaczyć.
2. Ostatnio znajomi (fejsbukowi na dodatek) zamieścili na profilach kilka filmików poświęconych facebookowi.
Między innymi ten, swoją drogą - holenderski:
http://www.youtube.com/watch?v=z6eamj0m9tc&feature=player_embedded
Jeśli ktoś znajdzie czas na obejrzenie, to zapraszam do wymiany poglądów. Otóż, na początku miałam wrażenie, że autor ma coś sensownego na myśli: mały filmik - duży przekaz, ciekawy montaż, interesująca koncepcja. Potem zrobiło się niesmacznie. Motyw przewodni - facebook jest zły: ludzie dowiadują się o życiu znajomych z ich profilów. Facebook tworzy patologie: ojciec zaprasza do znajomości syna i czeka na potwierdzenie, ze strony tegoż syna, rodzicielskiego statusu ich znajomości. Facebook ogłupia: jedna dziewczyna nie jest w stanie powiedzieć czemu dzieli się ze wszystkimi intymnymi szczegółami ze swojego życia, inna laska - dlaczego dodała kogoś do znajomości i czemu wpisuje w statusie, że cieszy się ładną pogodą.
Filmów tego typu jest mnóstwo, ten to kolejny, żadne dzieło sztuki, wiadomo. Ale, płynące z niego pytanie jest takie: czy nie przesadzamy czasem w byciu alternatywnym, oryginalnym (Jeśli słabo nakreśliłam związek, to przepraszam)? Co jest złego w głupim facebooku - skoro jest, skoro mamy internet, to chyba jasne jest, że łatwiej mi dzięki temu kontaktować się ze znajomymi, tymi bliższymi i dalszymi. Powinniśmy płakać, że ludzie klikają nam "I like" na wallu, smucić, że ktoś jest beznadziejny bo pisze o pogodzie? A może cieszyć się, że dzięki facebookowi wiemy, więcej niż bez niego, o tym co dzieje się u tych, na których nam zależy.
Do autora filmu: Zrezygnuj z facebooka, wyrzuć telefon komórkowy, a najlepiej przeprowadź się do szopy na Alasce i hoduj kozy.
A tak poza tym - w weekend: Paryż :-) Sto lat dla Magdy - rośnij zdrowa!
wtorek, 9 listopada 2010
Po weekendzie w Polsce
.. zaczął się drugi blok: Statystyka, Mikro II, Makroekonomia (yeah). Na razie Makro wydaje się najbardziej interesujące, przy tym mamy charyzmatycznego wykładowcę. Razem z ciekawym makro zaczęły się prace domowe i prace grupowe... Brutalny powrót do rzeczywistości po weekendzie w Wawie i Sochaczewie - przy okazji: dzięki wszystkim za spotkania, odwiedziny i rozmowy. Szczególnie dziękuję właścicielowi brązowego poloneza za transport na lotnisko :)
wtorek, 2 listopada 2010
Sesjasesjaiposesji!
Tak jak w tytule - były egzaminy, i się skończyły. Były trzy, trudne ale nie megatrudne. Co do ocen - zobaczymy, ale wszystko powinno być do przodu. Jeśli nie będzie to nie wiem co o tym myśleć.
W zasadzie... jest jedna teoria, która mogłaby taką ewentualność wytłumaczyć - generalnie chodzi o to, że przyszłość może wpływać na wyniki badań (dla naszych potrzeb - działań) tu i teraz. Dlaczego? Bo jest możliwość, że natura nie chce, żeby ludzkość się o pewnych faktach dowiedziała. W związku z tym jakiekolwiek próby na przykład - odkrycia cząstek Higgsa (zdobycia doktoratu) - idąc zgodnie z rozumowaniem twórców tejże teorii - mogą skończyć się niepowodzeniem nie dlatego, że cząstek nie ma (albo ktoś jest mądry za mało), ale dlatego, że z pewnych, wyższych, powodów nie powinniśmy się o nich dowiedzieć (doktoratu nie zdobyć). Ale generalnie teoria się podobno kupy nie trzyma, bo wychodzi jakiś urojony Hessian, kiedy powinien być rzeczywisty i profesor Ernest Bartnik nie poleca (odkryłam podcasty na TOK FM i zaczynam słuchać w czasie podróży rowerowych ) poświęcania jej zbyt dużo czasu. A mi ta część urojona akurat bardzo się w rzeczywistość wpasowuje ;)
W czwartek już - Polska, a dokładnie Nowy Świat, Hotel Savoy - przybywajcie tłumnie bo będzie dobra impreza, pobawimy się razem.
No i jeszcze jedno - Albert znowu wpadł na weekend, było rowerowo, była polsko-katalońsko-rumuńsko-bułgarska bitwa w Backgamona i caiprinha w brazylijskim barze (siedzenia obłożone krowim futrem, nie wiem skąd taka tradycja). Jutro - początek bloku drugiego.
wtorek, 26 października 2010
środa, 20 października 2010
piątek, 15 października 2010
Sesja się zbliża
Jeśli chodziliście do przedszkola, to pamiętacie, że każda grupa miała swoją nazwę: Motylki, Krasnale, Jaskółki, Pszczółki, itd. I tak sobie myślę - gdyby zastosować ten system do lat - "kohort" mówiąc językiem ekonomicznym - na studiach doktoranckich, to my, jako pierwszy rok, powinniśmy być zdecydowanie Krecikami. I to niezależnie, czy sesja jest blisko, czy nie. A jest blisko - za niecałe 2 tygodnie egzaminy. Jak zatem można się domyślić, poza nauką naprawdę niewiele się teraz tutaj dzieje: codziennie mikro, algebra albo analiza, ewentualnie w odwrotnej kolejności.Poza tym zapisałam się do naszego samorządu - byłam jednym z dwóch kandydatów na 2 miejsca, więc ominęła nas zażarta kampania wyborcza. Plany są fajne - organizacja wieczorów filmowych (3 kolory Kieślowskiego w pierwszej kolejności, a co!), International Dinner, Gwiazdka z prezentami, wyjście na łyżwy, a nawet - wyjście na ściankę wspinaczkową (victory!). Ciekawa jestem tylko, na jaką frekwencję będziemy mogli liczyć, bo z tego co mówili ludzie ze starszych lat - nie ma szału pod tym względem. Mimo wszystko liczę na jakieś urozmaicenie krecikowego roku, zwłaszcza, że możemy liczyć na finansowanie ze strony instytutu.
Po egzaminach wracam na weekend do Polski: 4-7 listopada, nie mogę się doczekać :).
niedziela, 10 października 2010
Pierogi, ciasto drożdżowe i risotto z mozarellą!
Weekend był świetny, w sobotę jeździłyśmy przez cały dzień na rowerach i zwiedziłyśmy muzeum van Gogha. Mój typ na główną atrakcję muzeum: jedno z trzech fotografii zrobionych van Goghowi, na którym siedzi on tyłem do obiektywu. Drugie z dwóch obecnych na wystawie zdjęć: nagrobek van Gogha. No comment? :)
W niedzielę, jak na prawdziwe turystki przystało, przejechałyśmy się promem po amsterdamskich kanałach, zasilając - mówiąc żargonem warszawskim - turystyczne pingwinarium. W podróży towarzyszyła nam 20-osobowa wycieczka z Chin - wszyscy ubrani w takie same kurtki. Czerwone kurtki. A głos z magnetofonu mówił po francusku, angielsku, niemiecku i po chińsku. Czasy się zmieniają.
Poza tym i tak było świetnie, zdjęcie niech starczy za dłuższy komentarz. Bo mama Maria jest najlepsza i to, że w Amsterdamie jej nie ma na co dzień, jest największym minusem tych studiów.
poniedziałek, 4 października 2010
Holenderskie Karaoke
Coś nie mam chwilowo o czym pisać - myślę, że w kraju dzieje się zdecydowanie więcej, niż tutaj. Masowy odbiorca dowiaduje się w końcu kim jest S. Kubrick i co to "Odyseja Kosmiczna", nastolatkowie protestują przeciwko punktom sprzedaży używek (!), Superniania tańczy w "Tańcu z Gwiazdami"... Amsterdam przy tym wymięka.
Jeśli by to kogoś interesowało - w ostatnich dniach walczę z pracami domowymi - zdecydowana większość czasu, w wolnych chwilach zapuszczam się - przestałam biegać, mam gastrofazę - pistacje 300g za 1 euro, i generalnie walczę z ochotą odblokowania sobie facebooka przed godziną 21.00.
Na koniec - krótka relacja z "pierwszego wyjścia na miasto" - czyli z holenderskiego karaoke w klubie "Casablanca": okazją była wizyta kolegi z wymiany z USA, czyli Marca Puig'a. Marek Pagórek pracuje w Brukseli i był w Amsterdamie z wizytą weekendową u kolegi z pracy. Żeby nie było niedomówień - pozwolenie na publikację zdjęć dostałam ;). Zresztą, nie było nic gorszącego do fotografowania - specyfiką holenderskiego karaoke jest jego "biesiadność": lecą piosenki prosto z typowego polskiego wesela (swoją drogą, kiedy tak to zrelacjonowałam mamie, nastąpił foch), starzy, młodzi, nastolatkowie, geje,heteroseksualni, koledzy, koleżanki, znajomi i nieznajomi łapią się pod ramiona i wykrzykują coś w stylu: "Mówiłaś że znajdziesz dla mnie czas, a czas na to w sam raz, Znajdź dla mnie chwilę, przytul choć odrobinę.." itd. Jest swojsko i niegroźnie. Żadnych współczesnych hitów, żadnych Beatlesów, żadnego rocka. Każdy wie, czego się spodziewać.


Play it again, Sam!!!
Jeśli by to kogoś interesowało - w ostatnich dniach walczę z pracami domowymi - zdecydowana większość czasu, w wolnych chwilach zapuszczam się - przestałam biegać, mam gastrofazę - pistacje 300g za 1 euro, i generalnie walczę z ochotą odblokowania sobie facebooka przed godziną 21.00.
Na koniec - krótka relacja z "pierwszego wyjścia na miasto" - czyli z holenderskiego karaoke w klubie "Casablanca": okazją była wizyta kolegi z wymiany z USA, czyli Marca Puig'a. Marek Pagórek pracuje w Brukseli i był w Amsterdamie z wizytą weekendową u kolegi z pracy. Żeby nie było niedomówień - pozwolenie na publikację zdjęć dostałam ;). Zresztą, nie było nic gorszącego do fotografowania - specyfiką holenderskiego karaoke jest jego "biesiadność": lecą piosenki prosto z typowego polskiego wesela (swoją drogą, kiedy tak to zrelacjonowałam mamie, nastąpił foch), starzy, młodzi, nastolatkowie, geje,heteroseksualni, koledzy, koleżanki, znajomi i nieznajomi łapią się pod ramiona i wykrzykują coś w stylu: "Mówiłaś że znajdziesz dla mnie czas, a czas na to w sam raz, Znajdź dla mnie chwilę, przytul choć odrobinę.." itd. Jest swojsko i niegroźnie. Żadnych współczesnych hitów, żadnych Beatlesów, żadnego rocka. Każdy wie, czego się spodziewać.
Play it again, Sam!!!
poniedziałek, 27 września 2010
Texel
Wyspa Texel oddalona jest od stałego lądu o 20 minut podróży promem, nieco więcej niż godzinę jazdy pociągiem na północ od Amsterdamu. Jest jednym z głównych "letnich kurortów" Holandii, celem wycieczek holenderskich rodzin z całego kraju. Mimo swojej popularności, o tej porze roku zaskakuje ciszą, spokojem i pustymi, równinnymi przestrzeniami.
My byliśmy tam z okazji weekendowego wyjazdu integracyjnego, zorganizowanego przez Samorząd Studentów naszego Instytutu. No i jak na razie były to najfajniejsze dwa dni od mojego przyjazdu - w końcu można było lepiej poznać ludzi z programu, także tych ze starszych lat, porozmawiać na głupie tematy, pograć w mafię i nie tylko, pojeździć dłużej na rowerze i generalnie cieszyć się słońcem, morzem, widokami. Siekierka i szacunek dla organizatorów - wszystko sponsorowane przez instytut, były gry integracyjne, była wycieczka promem i były nawet wege-burgery na kolację ;).
A dziś znów poniedziałek, podróż do Rotterdamu, wykłady, praca domowa: mój zbiór powrócił do stanu ograniczonego.
Za 2 tygodnie M&M z wizytą !!!!! A w międzyczasie - przenocowanie W. w jego drodze za ocean - za głosem serca... Ach! Buziak dla W.!
Poniżej trochę zdjęć z malowniczej Texel:
Przy okazji - sto lat dla szalonego łyżwiarza obok ;) Wszystkiego najlepszego Marcin!
wtorek, 21 września 2010
Corgi!
Ok, będzie infantylnie, ale - who cares...
Ten filmik towarzyszy mi codziennie od ładnych kilku tygodni:
http://www.youtube.com/watch?v=glii-kazad8
Dlaczego?
1. Bo ten pies mógłby wygrać w konkursie na najkrótszy skok w dal.
2. Bo ktoś mu założył po-oczach-dający-kaftan.
3. Bo Corgi jest waleczny i skacze do wody mimo że nie umie.
4. Bo za każdym razem kiedy go oglądam, mam banana na twarzy i zapominam o hołmworku z matematyki.
5. Bo Corgi to już fenomen - pulpit na laptopie Magdy:
Następne wpisy będą bardziej poważne. Promise.
niedziela, 19 września 2010
Week-end!
Trochę się działo przez ostatnie 3 dni:
1. W piątek mieliśmy znowu wspólną kolację: tym razem do grupy z Uilenstede dołączyło kilka osób z programu, które mieszkają w innych częściach Amsterdamu. Gwoździem programu miały być placki ziemniaczane przygotowane przez polskie trio: Łukasz, Marcin i ja, a było nim piwo zakupione przez innego Polaka, Piotra, którym głodni raczyli się w długim oczekiwaniu na jedzenie. Honor ojczyzny został uratowany, a z wieczoru wyciągnięty wniosek: jeśli gotujesz dla 11 osób i masz tylko 2 patelnie, to placki ziemniaczane nie są dla Ciebie.
2. Odwiedził mnie Albert, znany części czytelników, dzięki czemu miałam okazję pozwiedzać po raz pierwszy od przyjazdu Amsterdam. Museumplein z celem na najbliższe dni: Rijksmuseum, dzielnica czerwonych żarówek, Leidseplein z świetną włoską restauracją, plac z najsłynniejszym amsterdamskim hotelem, założonym przez Polaka, Adolfa Krasnopolskiego. No i specjalność lokalnej kuchni: frytki z majonezem...
3. Byliśmy na urodzinach Gosi: ekonomiści potrafią się dobrze bawić, co generalnie wiadomo nie od dziś.
Poniżej/obok - zdjęcia z wycieczki po Amsterdamie. I jak by to powiedział Oskar: to był słuszny weekend ;). Jutro pierwsze zajęcia z programowania...





Perełka na koniec... Kategoria: ekonomia geografii, temat: kręgi upraw a rozwój miast:
W tej pomarańczowej wieży po prawej stronie, już od stycznia, będzie się mieściła siedziba mojego instytutu.
1. W piątek mieliśmy znowu wspólną kolację: tym razem do grupy z Uilenstede dołączyło kilka osób z programu, które mieszkają w innych częściach Amsterdamu. Gwoździem programu miały być placki ziemniaczane przygotowane przez polskie trio: Łukasz, Marcin i ja, a było nim piwo zakupione przez innego Polaka, Piotra, którym głodni raczyli się w długim oczekiwaniu na jedzenie. Honor ojczyzny został uratowany, a z wieczoru wyciągnięty wniosek: jeśli gotujesz dla 11 osób i masz tylko 2 patelnie, to placki ziemniaczane nie są dla Ciebie.
2. Odwiedził mnie Albert, znany części czytelników, dzięki czemu miałam okazję pozwiedzać po raz pierwszy od przyjazdu Amsterdam. Museumplein z celem na najbliższe dni: Rijksmuseum, dzielnica czerwonych żarówek, Leidseplein z świetną włoską restauracją, plac z najsłynniejszym amsterdamskim hotelem, założonym przez Polaka, Adolfa Krasnopolskiego. No i specjalność lokalnej kuchni: frytki z majonezem...
3. Byliśmy na urodzinach Gosi: ekonomiści potrafią się dobrze bawić, co generalnie wiadomo nie od dziś.
Poniżej/obok - zdjęcia z wycieczki po Amsterdamie. I jak by to powiedział Oskar: to był słuszny weekend ;). Jutro pierwsze zajęcia z programowania...
Perełka na koniec... Kategoria: ekonomia geografii, temat: kręgi upraw a rozwój miast:
poniedziałek, 13 września 2010
O zbiorze ograniczonym
Definicja (skrót): Niech (X,d) będzie przestrzenią metryczną. Powiemy, że zbiór A należący do X jest ograniczony w X, jeśli jest on zawarty w pewnej kuli o skończonym promieniu.
Teza: Przestrzeń życiowa Lucy jest zbiorem ograniczonym w dwuwymiarowej przestrzeni geograficznej.
Dowód: Przestrzeń wyznaczona przez trasę podróży:
(pokój(L)-->(rower)-->Amsterdam Zuid-->(pociąg)-->Uttrecht Central-->Rotterdam Alexander-->(metro)-->Stacja-O-Dziwnej-Nazwie-->(pieszo)-->Erasmus University Rotterdam-->(pieszo)-->Stacja-O-Dziwnej-Nazwie-->(metro)-->Rotterdam Alexander-->(pociąg)-->Uttrecht Central-->Amsterdam Zuid-->(rower)-->supermarket Alberthejn na trasie powrotnej-->(pieszo)-->placówka ING tamże-->(rower)-->pokój(L))
zawiera się w kuli o promieniu 90km.
:P
Zbiór ograniczony, ale ciekawy... Wkrótce trochę więcej zdjęć zbioru!
Teza: Przestrzeń życiowa Lucy jest zbiorem ograniczonym w dwuwymiarowej przestrzeni geograficznej.
Dowód: Przestrzeń wyznaczona przez trasę podróży:
(pokój(L)-->(rower)-->Amsterdam Zuid-->(pociąg)-->Uttrecht Central-->Rotterdam Alexander-->(metro)-->Stacja-O-Dziwnej-Nazwie-->(pieszo)-->Erasmus University Rotterdam-->(pieszo)-->Stacja-O-Dziwnej-Nazwie-->(metro)-->Rotterdam Alexander-->(pociąg)-->Uttrecht Central-->Amsterdam Zuid-->(rower)-->supermarket Alberthejn na trasie powrotnej-->(pieszo)-->placówka ING tamże-->(rower)-->pokój(L))
zawiera się w kuli o promieniu 90km.
:P
Zbiór ograniczony, ale ciekawy... Wkrótce trochę więcej zdjęć zbioru!
sobota, 11 września 2010
A jednak - powrót do blogowania ;)
Mam nadzieję, że tak będzie łatwiej - przynajmniej dla mnie - utrzymać kontakt między Amsterdamem a Warszawą i okolicami.
Na początek - rzecz, z której na razie najbardziej się cieszę, czyli ROWER. Niebieski i lekko trzeszczący :). Sakwy jakie są - każdy widzi, ale dopóki mi ich nie
Miejsce w którym mieszkam, to Amstelveen - taki amsterdamski Tarchomin albo Żerań. Metrem do centrum dojeżdża się w 20-25 minut, najbliższa okolica to takie, jak poniżej, akademiki studenckie. Plus dużo zieleni, kanał z kajakarzami, a nad głową - samoloty podchodzące do lądowania na Schipholu. Jak na razie mieszkanie tutaj bardzo mi się podoba - jest gdzie pobiegać, są znajomi, są weekendowe wspólne kolacje.
Jutro trochę więcej o tym, jak wygląda mój program i jak wyglądają Holendrzy. Teraz - praca domowa z matematyki :P
Ps. Klaudia - licznik na rowerze już działa, więc nie ma wymówki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)